To jest moja subiektywna ocena sytuacji na połowę sierpnia 2026 roku. Nie ma dziś ostatecznej decyzji dotyczącej kształtu ekoschematu Integrowana Produkcja Roślin w 2027 roku, tym bardziej nie ma gotowego polskiego rozwiązania na lata 2028–2034. Są jednak informacje Ministerstwa Rolnictwa, wypowiedzi pojawiające się w mediach branżowych, dotychczasowe zmiany w ekoschemacie oraz pierwsze założenia nowej WPR po 2027 roku. Po złożeniu tego wszystkiego razem kierunek zaczyna być widoczny.
Nie piszę, że coś na pewno się wydarzy. Piszę o tym, czego możemy się spodziewać, jeżeli obecny kierunek zostanie utrzymany. W miarę pojawiania się kolejnych informacji i dokumentów ten komentarz będzie aktualizowany.
Do opisanego niżej tematu doszedł nowy, dość istotny dokument.
Media branżowe zaczęły zwracać uwagę na Uchwałę nr 157 Komitetu Monitorującego Plan Strategiczny dla Wspólnej Polityki Rolnej na lata 2023–2027 z 4 sierpnia 2026 r. W uchwale tej na kampanię 2027 nadal uwzględniono ekoschemat Integrowana Produkcja Roślin również dla upraw rolniczych, z planowaną stawką 146,07 EUR/ha.
To rodzi dziś przede wszystkim pytanie, dlaczego w oficjalnym dokumencie z 4 sierpnia nadal zaplanowano płatność do IPR dla upraw rolniczych, skoro równolegle pojawiają się informacje o planowanym wyłączeniu tej grupy z ekoschematu. Czy oznacza to, że wariant pozostawienia płatności nadal jest brany pod uwagę, czy dokument zostanie jeszcze zmieniony w toku dalszych prac? Na ten moment nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.
Sprawa ma też bardzo praktyczny wymiar. W przypadku rzepaku ozimego jesteśmy już niemal w ostatnim momencie na podjęcie decyzji o wejściu do systemu na 2027 rok.
Osobiście uważam, że jeżeli ktoś wcześniej rozważał zgłoszenie rzepaku ozimego do IPR, powinien je złożyć po to, żeby zachować termin. W ostateczności z systemu można później zrezygnować, a kwestie finansowe związane z certyfikacją warto wcześniej uzgodnić z jednostką certyfikującą.
Na dziś sytuacja jest więc mniej jednoznaczna niż jeszcze kilka dni temu. Sam temat braku płatności nadal pozostaje aktualny, ale uchwała nr 157 pokazuje, że sprawa nie jest jeszcze zamknięta.
Czy będą dopłaty do IPR w 2027 roku?
To dziś chyba najczęściej zadawane pytanie przez rolników uczestniczących w Integrowanej Produkcji Roślin.
I pierwsza rzecz: trzeba oddzielić sam system Integrowanej Produkcji Roślin od ekoschematu Integrowana Produkcja Roślin.
IPR jest krajowym systemem jakości żywności. Może funkcjonować bez dopłat i funkcjonował na długo przed wprowadzeniem ekoschematów. Ekoschemat jest natomiast instrumentem finansowym, dzięki któremu od 2023 roku udział w systemie zaczął mieć dla rolnika bardzo konkretny wymiar ekonomiczny. Samo Ministerstwo podkreśla, że są to dwie odrębne kwestie.
I właśnie płatność, a nie istnienie samego IPR, stoi dziś pod znakiem zapytania.
W odpowiedziach Ministerstwa Rolnictwa cytowanych obecnie przez media branżowe pojawiła się bardzo konkretna informacja: w kampanii 2027 rozważane jest wyłączenie grupy upraw rolniczych z ekoschematu IPR i skoncentrowanie wsparcia na produkcji sadowniczej, jagodowej i warzywnej.
To już coś więcej niż ogólna dyskusja o zmianach.
Ministerstwo uzasadnia taki kierunek potrzebą lepszego ukierunkowania pieniędzy na działania przynoszące największe korzyści środowiskowe oraz tym, że owoce i warzywa są silniej związane z rynkiem konsumenckim. W przypadku tych produktów znak IPR może być widoczny dla klienta końcowego.
Jeżeli ta koncepcja zostanie przyjęta, pszenicę, kukurydzę, rzepak, soję, jęczmień czy żyto nadal będzie można certyfikować w IPR, ale rolnik może już nie dostać z tego tytułu płatności.
I to jest zasadnicza różnica.
Czy dopłaty do pszenicy, kukurydzy, rzepaku i innych upraw rolniczych w IPR mogą zniknąć od 2027 roku?
Tak. Na połowę sierpnia 2026 roku taki wariant jest już oficjalnie rozważany.
Nie oznacza to jeszcze, że został przyjęty.
Natomiast nie traktowałbym tego jako informacji całkowicie oderwanej od wcześniejszych decyzji. Od początku funkcjonowania ekoschematu IPR zasady były stopniowo zmieniane.
Najpierw płatność obejmowała również trwałe użytki zielone. Z tego zrezygnowano, bo nie istnieją metodyki IPR dla TUZ. Moim zdaniem była to zmiana uzasadniona.
Później wprowadzono limit powierzchni objętej ekoschematami do 300 ha. Także tutaj trudno było nie zauważyć problemu polegającego na tym, że ogromna część budżetu mogła trafiać do największych gospodarstw.
W 2025 roku jedna stawka IPR została zastąpiona stawkami różnymi dla upraw sadowniczych, jagodowych, warzywnych i rolniczych. Dla upraw rolniczych płatność została ustalona znacznie niżej niż dla sadów czy warzyw.
Następnie pojawiło się coś jeszcze ważniejszego.
Czy każda uprawa posiadająca metodykę IPR daje dopłatę?
Nie.
I mamy już tego konkretne przykłady.
PIORiN w 2025 roku rozwijał system i zapowiadał kolejne metodyki m.in. dla grochu, łubinów, owsa i pszenżyta. Metodyki powstały, a system certyfikacji został o te gatunki rozszerzony.
Jednocześnie w kampanii 2026 katalog upraw objętych płatnością pozostał zamknięty. W wykazie ARiMR znajdują się m.in. pszenica, kukurydza, rzepak, soja, jęczmień czy żyto, ale nie ma w nim choćby grochu, łubinu, owsa czy pszenżyta.
Ministerstwo już w kwietniu 2026 roku wyjaśniało, że nie zamierza w kampanii 2026 rozszerzać płatności na nowe metodyki, m.in. z powodów budżetowych i w celu utrzymania stawek. Temat był szeroko opisywany także w prasie branżowej.
Powstała więc sytuacja, której wcześniej wielu rolników mogło się nie spodziewać:
roślina ma metodykę IPR, można ją zgłosić, można przejść kontrolę i dostać certyfikat, ale nie oznacza to automatycznie prawa do dopłaty.
To już działa.
Dlatego wyłączenie od 2027 roku całej grupy upraw rolniczych byłoby dużą zmianą pod względem skali, ale nie byłoby zupełnie nową zasadą.
Czy IPR bez dopłat będzie miało sens?
Tu zaczyna się właściwa dyskusja.
Można powiedzieć: IPR istniała przed ekoschematami, więc będzie istniała również po ich ograniczeniu.
Formalnie to prawda.
Tylko że skala zainteresowania IPR przed dopłatami i po wprowadzeniu ekoschematu to dwa różne światy.
Rolnicy nie zaczęli masowo interesować się Integrowaną Produkcją Roślin dlatego, że skup nagle zaczął płacić kilkadziesiąt złotych więcej za tonę pszenicy posiadającej certyfikat.
Głównym impulsem była płatność.
I właśnie dzięki niej przez kilka lat wydarzyło się coś, czego moim zdaniem nie powinno się sprowadzać wyłącznie do liczby hektarów wpisanych we wnioskach ARiMR.
Wokół IPR zaczął powstawać cały rynek.
Dopłata do IPR nie trafiała tylko do rolnika
Rolnik był beneficjentem płatności, ale pieniądze uruchamiały kolejne usługi i zakupy.
Rolnik musiał się przeszkolić.
Musiał wybrać jednostkę certyfikującą i zapłacić za proces certyfikacji.
Ktoś musiał przeprowadzić kontrolę.
Ktoś musiał pomóc przygotować gospodarstwo, dokumentację czy notatnik.
W części gospodarstw pojawiła się większa potrzeba korzystania z doradztwa.
Jednostki certyfikujące zaczęły rozwijać działy IPR, szkolić inspektorów, budować systemy informatyczne i organizować obsługę tysięcy producentów. Sam PIORiN publikuje obecnie obszerny wykaz podmiotów upoważnionych do prowadzenia certyfikacji.
Firmy szkoleniowe dostały nowy obszar działalności.
Doradcy dostali kolejną specjalizację.
To nie były pieniądze, które po wypłacie rolnikowi znikały z gospodarki. Znaczna część wracała do firm i osób świadczących usługi w Polsce.
IPR zaczęła napędzać także rynek materiału siewnego
Ten element jest moim zdaniem szczególnie ciekawy, bo pokazuje, jak daleko sięgają skutki funkcjonowania systemu.
Metodyki IPR nie kończą się na prowadzeniu notatnika i wykonaniu kontroli.
Przykładowo w przypadku kukurydzy i soi PIORiN wskazuje stosowanie kwalifikowanego materiału siewnego jako element prawidłowego zakładania plantacji w systemie IP.
To oznacza popyt na kwalifikowany materiał siewny zamiast własnego materiału niewiadomego pochodzenia.
Jeszcze ciekawszy jest przykład jęczmienia i żyta.
Zatwierdzone metodyki wymagają stosowania kwalifikowanego materiału siewnego zaprawionego zgodnie ze standardem ESTA – European Seed Treatment Assurance – albo standardem równoważnym. Ze względu na problemy z dostępnością takiego materiału PIORiN dopuścił odstępstwo dla zasiewów w latach 2024–2026. Zgodnie z oficjalnym komunikatem wymóg ma zacząć obowiązywać od 2027 roku.
Czyli rynek miał dostać kolejny impuls.
Jeżeli tysiące gospodarstw utrzymałyby jęczmień czy żyto w IPR, rosłoby zapotrzebowanie nie tylko na kwalifikowane nasiona, ale na materiał przygotowany w określonym standardzie zaprawiania.
To tworzy bodziec dla sektora nasiennego, firm zaprawiających materiał oraz podmiotów wdrażających i certyfikujących standard ESTA.
A teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie w roku, w którym taki wymóg zaczyna obowiązywać, uprawy rolnicze tracą płatność do IPR.
Formalnie standard nadal będzie wymagany od tych, którzy zdecydują się certyfikować. Tylko ilu rolników zdecyduje się ponosić dodatkowe koszty, jeżeli ekonomiczny impuls do pozostania w systemie zniknie?
Badania gleby – kolejny rynek, który rozwijał się razem z IPR
Metodyki wymagają również racjonalnego nawożenia opartego na wiedzy o zasobności gleby. PIORiN wprost wymienia nawożenie z uwzględnieniem analiz gleby jako jeden z podstawowych elementów metodyk IPR.
Przed wejściem do systemu producent powinien sprawdzić m.in. możliwość spełnienia wymagań dotyczących badań składników pokarmowych.
W praktyce oznacza to kolejne próbki gleby, kolejne analizy i częstsze podejmowanie decyzji nawozowych na podstawie wyniku badania zamiast przyzwyczajenia.
To jest kolejny fragment rynku, który wraz ze wzrostem IPR dostał dodatkowych klientów.
I ponownie – nie mówię wyłącznie o dopłacie.
Mówię o mechanizmie:
dopłata zachęca rolnika do wejścia w system → system wymaga określonych działań → rolnik zaczyna korzystać z usług i produktów, z których wcześniej często nie korzystał.
Laboratoria również dostały ogromny rynek badań
System IPR wymaga badań produktów roślinnych.
Jednostki certyfikujące muszą zapewnić pobranie próbek u co najmniej 20% producentów znajdujących się w ich rejestrze. Próbki są badane m.in. pod kątem pozostałości środków ochrony roślin, azotanów, azotynów i metali ciężkich.
Czyli przy kilku tysiącach dodatkowych producentów automatycznie pojawiają się setki, a przy odpowiedniej skali systemu tysiące dodatkowych analiz laboratoryjnych.
To nie jest efekt uboczny bez znaczenia.
To kolejna grupa przedsiębiorstw, która mogła inwestować, zatrudniać ludzi i planować rozwój, zakładając, że krajowy system jakości będzie dalej rozwijany.
A co ze środkami biologicznymi i alternatywnymi metodami ochrony?
Tutaj dochodzimy do rzeczy, która w całej dyskusji o wycofaniu dopłat jest dla mnie trochę paradoksalna.
Od rolnictwa oczekuje się ograniczania presji chemicznej.
Chcemy biologicznych środków ochrony.
Chcemy monitoringu agrofagów.
Chcemy stosowania środków dopiero wtedy, kiedy istnieje uzasadnienie zabiegu.
Chcemy ochrony środowiska i bezpiecznej żywności.
A przecież dokładnie w tę stronę prowadzi IPR.
W integrowanej produkcji chemiczna ochrona nie jest zupełnie dowolna. Ministerstwo publikuje wykazy środków ochrony roślin dopuszczonych do stosowania w IP.
Metodyki wymagają uwzględniania metod niechemicznych, monitoringu i progów szkodliwości. W określonych sytuacjach, gdy dostępna jest odpowiednia metoda biologiczna i wystąpi agrofag wymagający zwalczania, to właśnie metoda biologiczna ma pierwszeństwo.
To jest przy okazji jedna z najlepszych form promocji rynku środków biologicznych.
Rolnik nie tylko słyszy na konferencji, że „biologia jest przyszłością”. On zaczyna szukać rozwiązania, bo metodyka wymusza na nim sprawdzenie, czy może je zastosować.
Tak samo dzieje się z monitoringiem, pułapkami, metodami mechanicznymi, odmianami bardziej odpornymi czy rozwiązaniami ograniczającymi liczbę zabiegów.
Jeżeli zależy nam na zwiększaniu udziału takich metod w polskim rolnictwie, IPR jest gotowym mechanizmem transferu tej wiedzy do gospodarstw.
Certyfikat zaczynał też powoli interesować rynek
Argument Ministerstwa, że w przypadku owoców i warzyw certyfikat jest bliższy konsumentowi, rozumiem.
Tylko nie jestem przekonany, czy rozwiązaniem problemu słabego wykorzystania certyfikatu IPR w uprawach rolniczych powinno być wycofanie wsparcia.
Może problemem jest właśnie to, że nigdy na dużą skalę nie zbudowaliśmy rynku dla tego certyfikatu?
Są przedsiębiorstwa, które wykorzystują certyfikację swoich dostawców jako element organizacji łańcucha dostaw. Można znaleźć firmy podkreślające, że większość ich dostawców posiada certyfikaty integrowanej produkcji i GLOBALG.A.P. Samo MRiRW wskazuje, że IPR może mieć znaczenie marketingowe, eksportowe oraz pomagać w spełnianiu wymagań innych komercyjnych systemów jakości.
Nie twierdzę, że dzisiaj młyn czy skup powszechnie dopłaca do tony pszenicy tylko dlatego, że ma ona certyfikat IPR.
Nie dopłaca.
Ale dopiero zaczynaliśmy budować skalę, dzięki której dla odbiorcy mogło zacząć mieć sens stworzenie oddzielnego łańcucha dostaw.
Jeżeli ten proces zatrzymamy po kilku latach, nigdy się nie dowiemy, czy rynek byłby w stanie przejąć część roli, którą obecnie pełni dopłata.
Co się stanie, jeżeli dopłaty do upraw rolniczych znikną?
Moim zdaniem skutki będą dużo szersze niż proste:
„rolnik nie dostanie 500 czy 600 zł do hektara”.
Rolnik zrezygnuje z certyfikacji.
Jednostka certyfikująca straci klienta.
Inspektor straci kontrolę do wykonania.
Doradca straci usługę.
Firma szkoleniowa straci uczestnika.
Laboratorium straci próbkę.
Zmniejszy się popyt na część badań gleby.
Zmniejszy się impuls do korzystania z kwalifikowanego materiału siewnego wynikający z metodyk.
W przypadku określonych zbóż mniejsza liczba rolników będzie potrzebowała materiału spełniającego standard ESTA.
Zmniejszy się liczba gospodarstw, w których ktoś co tydzień zagląda w monitoring, sprawdza progi szkodliwości i zastanawia się nad metodą biologiczną przed zastosowaniem chemii.
To jest cały łańcuch.
I w dużej części są to firmy działające, zatrudniające ludzi i rozliczające się w Polsce.
Dla decydenta może to wyglądać jak jedna pozycja w budżecie: ograniczamy wydatki na ekoschemat IPR.
Z poziomu rynku jest to jednak odcięcie finansowego impulsu, wokół którego w ciągu kilku lat powstała cała branża usług.
Co z inspektorami, doradcami i ludźmi, którzy wyspecjalizowali się w IPR?
Ten temat dotyczy również mnie osobiście.
Przez lata wyspecjalizowałem się w Integrowanej Produkcji Roślin. Poznałem ten system od strony kontroli, certyfikacji, metodyk, organizacji procesu i praktycznych problemów gospodarstw.
I dzisiaj pierwszy raz naprawdę pojawia się pytanie:
czy za chwilę ogromna część tej wiedzy będzie jeszcze komuś potrzebna w takiej skali?
Oczywiście wiedza nie znika.
Można ją wykorzystać gdzie indziej. W ekologii, innych systemach jakości, doradztwie, ochronie roślin czy kolejnych systemach certyfikacji.
Tylko w jakim kierunku rozwijać się dalej, jeżeli trudno przewidzieć, który z tych kierunków za kilka lat nadal będzie wspierany?
To samo pytanie może sobie dziś zadawać inspektor, który przez ostatnie trzy lata wykonał setki kontroli IPR.
Doradca, który nauczył się kilku lub kilkunastu metodyk.
Firma, która stworzyła specjalny dział.
Ktoś, kto ukończył studia albo szkolenia właśnie po to, żeby dobrze rozumieć ten system.
Z punktu widzenia tabeli budżetowej tych ludzi nie widać.
Ale oni istnieją.
Czy był sens tworzyć kolejne metodyki IPR?
To pytanie będzie wracało.
PIORiN jeszcze niedawno bardzo mocno komunikował rozwój systemu. W 2025 roku zapowiedziano 16 kolejnych metodyk, w tym dla wielu nowych gatunków rolniczych. Projekty przygotowywali pracownicy instytutów badawczych i eksperci.
Ktoś poświęcił na to czas.
Ktoś prowadził badania.
Ktoś pisał wymagania.
Metodyki były notyfikowane.
Ktoś później musiał się ich nauczyć.
A część tych gatunków już w 2026 roku nie została objęta dopłatą.
Jeżeli następnym krokiem będzie całkowite wyłączenie upraw rolniczych z ekoschematu, pytanie o sens takiego rozwoju będzie jeszcze bardziej zasadne.
Bo po co budować szeroki krajowy system jakości, jeżeli równocześnie odcinamy mechanizm, który sprawił, że producenci rzeczywiście zaczęli z niego korzystać?
„IPR będzie przecież nadal dobrowolne”. Tak, tylko kto w nim zostanie?
Na pewno zostaną producenci, którzy mają odbiorcę wymagającego certyfikatu.
Zostaną gospodarstwa sadownicze czy warzywnicze, jeśli płatność dla tych grup zostanie zachowana.
Zostaną też rolnicy, którzy muszą posiadać certyfikat ze względu na inne zobowiązania, np. związane z określonymi programami inwestycyjnymi czy premiowymi.
Tylko w tym ostatnim przypadku robi się trochę dziwnie.
Rolnik będzie musiał zapłacić za certyfikację, prowadzić dokumentację, przejść kontrolę, spełniać metodykę i ponosić związane z tym koszty tylko dlatego, że certyfikat jest mu potrzebny do spełnienia innego zobowiązania.
Sam udział w systemie nie będzie mu już dawał płatności.
Czy o taki krajowy system jakości nam chodzi?
System, który istnieje, ma znak, ma metodyki, ma jednostki certyfikujące, tylko coraz mniej osób chce w nim uczestniczyć dobrowolnie?
A może problemem nie jest IPR, tylko sposób jego wykorzystania?
Mam wrażenie, że przez ostatnie lata skupiliśmy się przede wszystkim na dopłacie.
Rolnik robi IPR, bo dostaje pieniądze.
Jednostka certyfikuje.
ARiMR wypłaca.
Koniec.
Tylko przecież można było te kilka lat wykorzystać do zbudowania rozpoznawalności znaku, promocji certyfikowanych produktów, zainteresowania przetwórców, sieci handlowych, młynów, producentów pasz czy eksporterów.
Dopłata mogła być okresem przejściowym, w którym budujemy wystarczająco dużą podaż certyfikowanego surowca, żeby później zaczął interesować się nim rynek.
Jeżeli takiego mechanizmu nie zbudowaliśmy, trudno teraz powiedzieć rolnikowi:
„certyfikuj się dalej, przecież certyfikat ma wartość rynkową”.
Rolnik zapyta: gdzie?
I będzie to bardzo dobre pytanie.
Czy osoby, które najlepiej znają system, uczestniczą w podejmowaniu decyzji?
Ministerstwo prowadzi konsultacje, spotkania i prace eksperckie. Także prace nad WPR po 2027 roku prowadzone są w ramach Grupy ds. Programowania, do której zapraszane są organizacje rolnicze, środowiska naukowe, partnerzy społeczni i inne instytucje. Spotkania są również udostępniane online.
Formalnie więc konsultacje są.
Mam jednak od pewnego czasu wrażenie, że głos osób, które na co dzień certyfikują, kontrolują, wdrażają i obsługują IPR, nie zawsze jest słyszalny tak mocno, jak powinien.
A przecież właśnie tam jest ogrom informacji o tym, co rzeczywiście działa, z czym rolnicy mają problem, które wymagania mają sens, gdzie przepisy tworzą absurd i dlaczego producent rezygnuje z systemu.
Można oczywiście zapytać, dlaczego najbardziej zainteresowani nie zawsze siedzą przy stole wtedy, kiedy zapadają decyzje dotyczące przyszłości systemu.
Odpowiedź zostawiam każdemu.
Co z IPR po 2027 roku?
I tutaj sytuacja staje się jeszcze bardziej interesująca.
Kampania 2027 to jeszcze obecny Plan Strategiczny WPR 2023–2027.
Od 2028 roku zaczyna się zupełnie nowa perspektywa.
Komisja Europejska zaproponowała połączenie obecnych ekoschematów i zobowiązań rolno-środowiskowo-klimatycznych w jeden szerszy rodzaj działań środowiskowych. Państwa mają dostać większą swobodę w konstruowaniu własnych instrumentów.
I tutaj jest jedna informacja, która z punktu widzenia IPR ma ogromne znaczenie.
Rolnictwo ekologiczne ma mieć obowiązkowo zapewnioną możliwość wsparcia. Podobnie ekstensywna produkcja zwierzęca. W przypadku Integrowanej Produkcji Roślin takiego obowiązku w propozycji nie ma.
Czyli od 2028 roku sytuacja może wyglądać tak:
Unia mówi Polsce: zapewnij instrument dla rolnictwa ekologicznego.
Natomiast w przypadku IPR decyzja będzie należała w dużej mierze do Polski.
Jeżeli Polska uzna, że chce dalej finansować IPR – może stworzyć odpowiednią interwencję.
Jeżeli nie – sam system certyfikacji nadal może istnieć, ale bez osobnej płatności.
Czy po 2027 roku Polska będzie musiała dokładać własne pieniądze do IPR?
Jeżeli IPR zostanie wpisana jako działanie środowiskowe w nowej WPR, pojawia się kolejny problem.
Projekt nowej polityki przewiduje krajowe współfinansowanie działań rolno-środowiskowo-klimatycznych. W określonych wariantach mówimy o minimum 30% wkładu krajowego.
To zmienia sposób patrzenia na cały temat.
Dzisiaj państwo decyduje przede wszystkim, jak podzielić pulę pieniędzy przeznaczonych na ekoschematy.
Po 2027 roku pytanie może brzmieć:
czy Polska chce przeznaczyć na IPR pieniądze unijne i jednocześnie dołożyć do tego pieniądze krajowe?
A jeżeli chce, to do jakich upraw?
Sadów?
Warzyw?
Produkcji jagodowej?
A może także zbóż, kukurydzy czy rzepaku?
Polska już prowadzi prace nad WPR 2028–2034. Grupa ds. Programowania przygotowuje rekomendacje oraz wkład dotyczący rolnictwa do przyszłego Planu Partnerstwa Krajowego i Regionalnego.
Na dziś nie ma jednak decyzji gwarantującej osobne wsparcie dla IPR po 2027 roku.
Czy wyłączenie upraw rolniczych w 2027 roku może być zapowiedzią tego, co będzie po 2027?
To jest moja interpretacja, nie oficjalna informacja.
Ale takie pytanie trzeba sobie zadać.
Jeżeli w ostatnim roku obecnej WPR Polska uzna, że pieniądze na IPR powinny być koncentrowane na sadach, jagodach i warzywach, to trudno zakładać, że rok później nagle wrócimy do szerokiego finansowania setek tysięcy hektarów zbóż i innych upraw rolniczych.
Może być odwrotnie.
Rok 2027 może okazać się początkiem modelu, w którym:
IPR nadal obejmuje wiele gatunków, ale państwo finansuje tylko wybrane części systemu.
To pasuje również do kierunku zmian, który obserwujemy już teraz.
Najpierw TUZ.
Potem limit powierzchni.
Potem różne stawki.
Potem zamknięty katalog upraw.
Teraz możliwość wyłączenia całej grupy upraw rolniczych.
Każdy z tych kroków można osobno uzasadnić.
Razem pokazują jednak, że finansowanie IPR robi się coraz bardziej selektywne.
Czy wycofanie dopłat może bardziej zaszkodzić, niż dziś się wydaje?
Moim zdaniem tak.
Nie dlatego, że każde wsparcie należy utrzymywać bez końca.
Jeżeli program jest źle skonstruowany, trzeba go zmienić.
Jeżeli budżet się nie spina, trzeba reagować.
Jeżeli jakiś element nie przynosi oczekiwanego efektu środowiskowego, należy go poprawić.
Problem polega na tym, że przez kilka lat państwo wysłało do rynku bardzo mocny sygnał:
rozwijamy Integrowaną Produkcję Roślin.
Rolnicy odpowiedzieli.
Jednostki certyfikujące odpowiedziały.
Inspektorzy odpowiedzieli.
Doradcy odpowiedzieli.
Firmy szkoleniowe odpowiedziały.
Laboratoria odpowiedziały.
Instytuty przygotowały kolejne metodyki.
Rynek nasienny dostał nowe wymagania.
Rozwijano wykorzystanie metod biologicznych.
A teraz możemy wysłać drugi komunikat:
system nadal istnieje, ale duża część producentów nie będzie już za udział w nim wynagradzana.
Największym kosztem takiej decyzji może wcale nie być liczba utraconych certyfikatów.
Może nim być zaufanie.
Bo przy kolejnym programie rolnik zapyta:
po co mam się tego uczyć, inwestować pieniądze, zmieniać sposób prowadzenia gospodarstwa i wchodzić w kolejny system, skoro za dwa albo trzy lata zasady mogą zostać odwrócone?
Inspektor zapyta, czy jest sens specjalizować się w kolejnym obszarze.
Doradca zapyta, czy warto poświęcić setki godzin na poznanie kolejnego systemu.
Firma zapyta, czy warto inwestować w narzędzia, ludzi i promocję.
Takiego zaufania nie odbudowuje się kolejną prezentacją czy kampanią informacyjną.
Czy IPR powinno być finansowane bez zmian?
Nie twierdzę, że tak.
Sam uważam część dotychczasowych zmian za słuszne.
Usunięcie TUZ było zasadne.
Limit powierzchni miał swoje uzasadnienie.
Zróżnicowanie stawek pomiędzy grupami upraw również można obronić.
Można dyskutować o niższej płatności dla zbóż.
Można wprowadzić degresję.
Można ograniczyć powierzchnię.
Można mocniej powiązać wysokość wsparcia z wymaganiami środowiskowymi.
Można nawet zmienić całkowicie sposób finansowania IPR.
Tylko czym innym jest poprawienie instrumentu, a czym innym odebranie dużej części producentów ekonomicznego powodu, dla którego weszli do systemu.
Moim zdaniem przed takim ruchem należałoby odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie:
co chcemy osiągnąć z Integrowaną Produkcją Roślin za pięć czy dziesięć lat?
Jeżeli odpowiedź brzmi: silny polski system jakości żywności, który wpływa na sposób produkcji, ogranicza presję chemiczną, rozwija biologiczne metody ochrony, promuje badania gleby, kwalifikowany materiał siewny i świadome nawożenie – to trzeba stworzyć warunki, żeby rolnik chciał w nim zostać.
Jeżeli natomiast IPR ma istnieć głównie dlatego, że istnieje ustawa, znak i metodyki, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Moja ocena na połowę sierpnia 2026 roku
Temat jest dopiero na początku.
Na dziś nie ma ostatecznej decyzji o wyłączeniu upraw rolniczych z dopłat IPR w 2027 roku.
Są jednak bardzo konkretne sygnały z Ministerstwa, że taki wariant jest analizowany.
Nie mamy również odpowiedzi, co stanie się z IPR od 2028 roku.
Wiemy natomiast, że propozycja nowej WPR daje Polsce większą swobodę w wyborze działań, nie wymusza osobnego wsparcia IPR i jednocześnie zakłada udział środków krajowych w finansowaniu działań środowiskowych.
Dlatego dziś nie pytałbym już wyłącznie:
„Czy będą dopłaty do IPR w 2027 roku?”
Pytałbym szerzej:
- Czy w 2027 roku dopłaty do IPR zostaną dla pszenicy, kukurydzy, rzepaku i innych upraw rolniczych?
- Czy po 2027 roku IPR będzie nadal wspierana z WPR?
- Czy Polska będzie chciała przeznaczać na IPR także środki krajowe?
- Czy IPR zostanie ograniczona głównie do sadów, warzyw i owoców jagodowych?
- Czy rolnikowi będzie się opłacało certyfikować IPR bez dopłat?
- Czy rynek zacznie płacić za certyfikat IPR, jeżeli państwo przestanie za niego płacić?
- I wreszcie – czy chcemy nadal rozwijać ten system, czy tylko utrzymywać go formalnie przy życiu?
Dla mnie to ostatnie pytanie jest dzisiaj najważniejsze.
Bo dopłata do IPR nie stworzyła wyłącznie dodatkowego dochodu rolnika.
Stworzyła zainteresowanie systemem, popyt na wiedzę, certyfikację, kontrole, badania laboratoryjne, analizy gleby, kwalifikowany materiał siewny, nowe standardy zaprawiania, szkolenia, doradztwo i rozwiązania biologiczne.
Powstał cały łańcuch.
Jeżeli wyciągniemy z niego pierwszy element, nie zakładałbym automatycznie, że reszta będzie działała tak jak wcześniej.
Można zrezygnować z dopłaty do IPR jedną zmianą w przepisach. Odbudowanie ludzi, wiedzy, rynku i zainteresowania systemem może później zająć wiele lat.
Na dzień publikacji tego tekstu żadna z najważniejszych decyzji dotyczących 2027 i kolejnej perspektywy nie jest jeszcze ostateczna. Dlatego kolejne informacje z MRiRW, projekty przepisów oraz doniesienia branżowe będę analizował i komentował na bieżąco.
Szerszy kontekst: Integrowana Produkcja Roślin (IPR) – zasady, wymagania i praktyczne narzędzia.